web-242917

Czy to wypada, żeby tak ludzi z kręgu cywilizacji XXI wieku straszyć piekłem? Czyż pojęcie piekła nie jest dziś anachronizmem, przeżytkiem z innej epoki, niepasującym do intelektualnych standardów naszych czasów? A jednak starajmy się zatrzymać nasze myśli przy poruszającym świadectwie siostry zakonnej zapisanym w książce pt.: „Spragnione dusze” Gerarda J.M. van den Aardweg’a.

Siostra zakonna modliła się wytrwale za swoją przyjaciółkę, która tragicznie zginęła w wypadku samochodowym. Wielokrotnie odmawiana modlitwa miała wreszcie ten skutek, że zmarła ukazała się z zaświatów owej siostrze stwierdzając, że jej modlitwy są zbyteczne bo ona jest w piekle. Według jej słów trafiła tam wskutek własnej decyzji. Wydawać by się mogło nawet, że zbyt błahej decyzji, aby miała tak straszne konsekwencje

Otóż zawsze uważała siebie za osobę wierzącą, ale od wielu lat nie przychodziła do kościoła i nie przystępowała do sakramentów świętych. Gdy nachodziły ją wyrzuty sumienia, odrzucała je tłumacząc sobie, że nie robi nic złego, że przecież jest dobrym człowiekiem, więc nie potrzebuje pobożności. Zresztą była jeszcze młoda, więc myślała, że na praktykowanie wiary przyjdzie czas później, na starość. Teraz miała czas dla siebie.

Rano, w dniu w którym uległa śmiertelnemu wypadkowi, poczuła szczególne przynaglenie, aby pójść do kościoła, spotkać się z Bogiem, ale jak zwykle tę myśl odrzuciła, wybierając zaplanowaną, atrakcyjniejszą dla niej, podróż samochodem. Kiedy po śmierci, jak sama mówiła, stanęła na decydującym o jej ostatecznych losach sądzie Bożym, nie potrafiła wybrać bliskości Pana Boga, bo przez tak długi czas zawsze tę bliskość odrzucała. To zadecydowało o jej ostatecznym losie, o wiecznym potępieniu. Zdecydowały wyuczone przez lata odruchy obojętności na sprawy Boże. Wybierając „jak zwykle”, wybrała po raz ostatni.

Z tego świadectwa można wysnuć bardzo pouczający wniosek. Wymagania wiary są, jak mówi dzisiejsza Ewangelia, „wąską bramą”. Nie łatwo jest się do nich dopasować. Nie łatwo w nich się zmieścić, zwłaszcza dziś, gdy tak bardzo brakuje nam czasu na wszystko czego wymaga życie. Jednak konieczność codziennego dopasowywania się do ciasnych wymagań pobożności kształtuje nasz umysł, nasze serce, naszą wolę w taki sposób, abyśmy zawsze byli gotowi wybierać Pana Boga. Zawsze, to znaczy nawet wtedy, gdy jest to niewygodne, trudne, bolesne. Któryś z tych wyborów będzie przecież właśnie tym ostatnim w życiu.

Kapitalna maksyma Św. Augustyna: „Raz wybrawszy, ciągle wybierać muszę” wskazuje na konieczność codziennej wierności. Nie jest to jednak sztuka dla sztuki. Jest to jakby nieustanny trening gotowości duszy, aby w chwili, gdy przyjdzie nam, jak to było w przypadku owej zmarłej młodej kobiety, niespodziewanie podejmować decyzje po raz ostatni w życiu, podjąć decyzję właściwą.

Usiłujmy zatem już dziś i od dziś codziennie „wejść przez ciasną bramę” na spotkanie z Panem Bogiem. Na razie jeszcze „tylko” w codziennej modlitwie, niedzielnej Eucharystii i prozaicznym geście miłości bliźniego.

Robert Kwatek

Ks. Robert Kwatek.

Pin It on Pinterest

Share This